anandgelfand

"Nie da się mówić o jednym najlepszym szachiście świata" – Bartłomiej Macieja

| 4 komentarze

Przebieg meczu potwierdził moje oczekiwania.

Gelfand okazał się bardzo dobrze przygotowany, co biorąc pod uwagę jego solidny styl gry okazało się wystarczające do skutecznej obrony czarnymi.

Z kolei białymi uzyskiwał on małą przewagę po debiucie, której nie był jednak w stanie zrealizować.

Partia, którą wygrał, była bardzo ładna i co najważniejsze – przebiegała w spokojnym, pozycyjnym stylu, który nie jest specjalnością Hindusa.

Z kolei Anand, szczególnie białymi, wydawał się nie mieć pomysłów na wybór debiutowy przeciwnika. Odniosłem też wrażenie, że od samego początku meczu był mocno zmęczony oraz niepewny siebie.

Szachy szybkie dostarczyły znacznie więcej emocji, ocena pozycji zmieniała się w każdej partii. W trzech pierwszych partiach Anand nieumiejętnie realizował przewagę, ale na jego szczęście Gelfand fatalnie rozegrał łatwo remisową końcówkę. W czwartej partii Hindus bardzo niepewnie rozegrał debiut, doprowadzając białymi do wyraźnie gorszej końcówki. Brak czasu uniemożliwił jednak Gelfandowi precyzyjną grę, co było równoważne z zakończeniem meczu.

 W obecnych czasach wielu zawodników czołówki światowej prezentuje zbliżony poziom gry, w związku z czym nie da się mówić o jednym najlepszym szachiście świata, w takim sensie, jak było to możliwe w poprzednich dekadach, gdy bezapelacyjnie dominował Kasparow, wcześniej Karpow, a jeszcze wcześniej Fischer.

W takiej sytuacji, niezależnie od wybranego systemu rozgrywek, każdy z zawodników ścisłej czołówki światowej ma zdecydowanie niezerowe szanse na zostanie mistrzem świata, a dokonany wybór rozgrywek może szanse poszczególnych kandydatów albo zwiększać albo zmniejszać. W szczególności, istnieją zawodnicy tacy jak Kramnik i Gelfand, którzy wydają się być znacznie silniejsi w meczach, gdzie najważniejszym zadaniem jest minimalizacja liczba przegranych partii, niż w turniejach, gdzie ważniejsza jest maksymalizacja liczby wygranych partii.

Nie da się zatem obiektywnie wybrać systemu rozgrywek, który nie faworyzowałby któregoś z zawodników. Co więcej, każdy z systemów ma swoje zalety i wady.

Turnieje są z reguły znacznie ciekawsze niż mecze, gdyż wymagają od zawodników agresywniejszej gry, w celu odniesienia co najmniej kilku zwycięstw, wymaganych do zajęcia liczącego się miejsca. Wadą takiego systemu jest to, że pod koniec turnieju stopień mobilizacji zawodników, którym wiedzie się lepiej i zawodników, którzy już wiedzą, że są przegrani, jest różny, co zaburza wyniki końcowe, a w skrajnym przypadku może zadecydować o tym, kto zostanie mistrzem świata.

Osobiście, biorąc pod uwagę sukcesy medialne turniejów w San Luis i Meksyku, ale także trzymający w napięciu przebieg poprzednich meczów (TopałowKramnik, AnandKramnik, AnandTopałow), skłaniałbym się do systemu opartego o kwalifikacyjny turniej pretendentów z finałowym meczem. Dodatkową zaletą takiego systemu jest też minimalizacja prawdopodobieństwa zostania mistrzem świata przez zawodnika spoza ścisłej czołówki światowej.

Przy dyskusji nad systemem rozgrywek, oprócz strony sportowej, trzeba jednak także brać pod uwagę realia finansowe. Niestety, nie każdy dobry sportowo system rozgrywek daje się przełożyć na wystarczające zainteresowanie sponsorów, co z kolei może doprowadzić do absencji niektórych zawodników ścisłej czołówki światowej, co z kolei stawia pod znakiem zapytania wiarygodność tak wyłonionego mistrza świata.

 Nie podejmuję się przewidywania, co stanie się w kolejnym meczu, gdyż FIDE zbyt często zmienia system rozgrywek w czasie jego trwania, co może mieć bardzo różne skutki. A może w ogóle do żadnego meczu nie dojdzie?

4 Comments

  1. Pamiętam głosy sprzed kilku lat, że instytucja meczu o mistrzostwo świata (poprzedzona eliminacjami) została pogrzebana wraz z ZSRR (???). Na szczęście mecze wróciły. Dzięki temu tytuł MŚ odzyskuje prestiż. Mam nadzieję, że mecze nie znikną. To dzięki meczom każdy szachista, który choć trochę interesuje się historią naszej dyscypliny, mógł wymienić wszystkich mistrzów świata od Steinitza do Kasparowa. Potem Campomanes i Ilumżynow wprowadzili chaos, który – jak wierzę – mamy za sobą. Z całym szacunkiem dla Halifmana, Ponomariowa czy Topałowa nie uważam ich za mistrzów świata w sensie ścisłym. Bo mistrz to koleś, który pokonał w meczu poprzedniego mistrza. Rozumiem zastrzeżenia do tego systemu, które znalazły się w Twoim – Bartku – wpisie, ale skoro każdy system ma jakieś wady, to zostańmy przy tym, który czyni mistrza kimś naprawdę wyjątkowym.

    Rozumiem też rozczarowanie dużą ilością remisów w meczu Anand-Gelfand, ale nie ma co dramatyzować. Dla mnie ten mecz nie był nudny i bez wątpienia pchnął teorię szachów do przodu albo nawet w bok (np. można zakładać zwiększone zainteresowanie oryginalnymi pomysłami Gelfanda w sycylijskiej z Gb5). Niezależnie od tego, jestem pewien, że będą jeszcze mecze, które przekonają tych, którzy sądzą inaczej.

    • Jesli M.Sw bedzie mial takie fory, wielu graczy z czolowki moze nie chciec grac w takich warunkach (wielu rownych zbyt duzy wysilek) i tytul sam zdewaluuje sie. To już zaczęło się.

      Ten system przywileju dla m.św jest archaiczny i niesprawiedliwy. Mistrzostwa w szachy drużynowe są rozgrywne zdrowszym systemem.

  2. Jestem przeciwny mieszaniu turnieju i meczu albo wszystko meczowo albo turniejowo. Trudno wyobrazic sobie realizacje meczowo a wiec turnieje bez meczu o m.sw.

  3. 1948r Botwinnik został m.św w wyniku turnieju , potem bronił tytułu w meczach. Nic nie stoi na przeszkodzie aby wrócic do turniejów.

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.